ReZO-Rozterki
Komentarze (7)
Kolejny dzień, który można na straty spisać,
równie ciężko myśli mi się, jak i oddycha,
i przełyka, i to nie tylko żarło
słowa, które z wielkim trudnem przechodzą mi przez gardło.
Mówię: "Warto lecz nie mogę, choć bardzo bym chciał,
żeby o tym zapomnieć naprawdę wiele bym dał".
Ale niestety mimo wszelkich starań i prób,
to uczucie poraca do mnie znów, i znów, i znów, i znów.
Masakryczne samopoczucie,
wczoraj była długa noc i coś mam takie przeczucie,
że zapewne i dzisiaj ponownie to się powtórzy,
Panie powiedz proszę, czymżem na to zasłużył?
Miliardy moglitw i biliony pacierzy,
jestem bogiem, w którego nikt nie wierzy,
żywym trupem pośród niezliczonych setek,
kierowanych niewidzialnymi rękoma marionetek.
Błogosławieni ci, co pozostali nieświadomi,
albowiem królestwo tego świata należy do nich.
Kolejna długa, bo bezsenna noc, nie mogę zasnąć,
leżę w łóżku i widzę jak za oknem robi się jasno.
Znów do mnie wróciła jakże mi bliska melancholia,
znowu serce płacze, krzyczy dusza niespokojna.
Niewytłumaczalna siła spokój ducha mi odbiera,
rozsypałem się jak puzzle i nie umiem się pozbierać.
Cały czytelny obraz uległ zniekształceniu,
wiele rzeczy jednej nocy straciło na swym znaczeniu.
Jak niemiecka marka wypadłem z obiegu,
czyżby na to schorzenie nie było żadnego leku?
Nabijam, wciągam, trzymam, wypuszczam, znów jestem radosny.
Sposób jakże skuteczny, ale jakże żałosny.
Jednak wtedy jestem bardziej podobny do siebie samego,
lecz to nie jest rozwiązanie, zdaję sobie sprawę z tego.
Wróciłem, chyba tylko po to żeby odejść,
upadłem, poobijany nie mogę się podnieść.
Wpakowałem się sam nie wiem w co aż po same uszy,
ile już przez moje ręce przewinęło się kluczy,
a ile jeszcze na swojej drodze drzwi napotkam,
niedostępnych mi, pozamykanych od środka.
Ile stopni, ile pięter, windę ktoś spierdolił,
a ja ostatki zmysłow zaczynam tracić powoli.
Kolejny ranek z trzęsącymi się rękoma,
ponowne zaburzenia, nie jestem w stanie wykonać
nawet najprostszych czynności, jakiś niepokój wewnętrzny,
w środku znowu odczuwam, myśl na myśli się piętrzy.
Czarne barwy już dawno zakryły kolory tęczy,
czemu wczoraj było dobrze a dzisiaj znowu się męczyć muszę?
Czemu jest świetnie tylko kiedy jestem zielony?
To głupie, przecież cały czas nie mogę być odurzony.
Potoczyły się, oj, potoczyły się wypadki,
ale przecież gdzieś musi być klucz do tej zagadki.
1.
Uczucie bólu, niepewności miesza się we mnie, kotłuje,
bezskutecznie powrotu lepszych czasów wyczekuję.
Nie wiem co się stało, chyba czas i fakty wyprzedziłem,
nie wiem gdzie i dlaczego wątek w tym wszystkim zgubiłem.
Jakże niefortunny przewrót pażdziernikowy,
dalszy upadek, dalszy rozwój pierdolonej choroby.
Zmiana, która zaszła zbyt drastycznie i gwałtownie,
wydarzenia, które z odwrotną siłą dotarły do mnie.
Sytuacja, która wszystko postawiła na głowie,
"to nie może być prawda" - wielokrotnie powtarzałem sobie.
A jednak sprawy przyjęły taki obrót,
coraz dalej, głębiej, niżej i coraz trudniejszy powrót.
Za oknem deszcze, potem śnieg, który później stopniał,
pierwsze słońce, pierwsze liście, nastała wiosna.
Po niej lato, a po nim złota pora roku znowu,
a ja stanąłem przed murem i nie wiem jak iść do przodu.